AI w Google Ads to tylko narzędzie. Narzędzie w rękach eksperta i stratega.

Filip Biszczak
Filip Biszczak
9 lipca, 2026
Przeczytasz w ~ 16 min.
Ostatnia aktualizacja: 9 lipca, 2026
W tle widać ręce mechanika pracującego z zestawem narzędzi (nasadki). W lewym górnym rogu znajduje się tag "Google Ads". W lewym dolnym rogu na niebieskim tle widnieje biały tekst: "AI w Google Ads to tylko narzędzie" i poniżej "Narzędzie w rolach eksperta i stratega". W prawym dolnym rogu jest okrągłe zdjęcie profilowe i nazwisko Filipa Biszczaka.

Google Ads coraz mniej przypomina system, w którym specjalista ręcznie steruje każdą decyzją. Performance Max działa w całym ekosystemie Google, Smart Bidding optymalizuje stawki w czasie rzeczywistym, a AI Max rozwija kampanie Search w stronę jeszcze większej automatyzacji. Google oficjalnie opisuje Performance Max jako kampanię wykorzystującą AI m.in. w stawkach, budżecie, odbiorcach, kreacjach i atrybucji. AI Max z kolei rozszerza dopasowanie zapytań, optymalizację treści reklam i final URL expansion w kampaniach Search. 

Dla wielu firm brzmi to jak prosta obietnica: system potrafi tak dużo, że wystarczy uruchomić kampanię i pozwolić algorytmowi działać. W praktyce jest dokładnie odwrotnie – jednak można wpaść w pułapkę.

Im więcej decyzji podejmuje AI, tym większe znaczenie ma to, jakie dane dostaje, co uznaje za sukces i czy kampania jest ustawiona pod realny cel biznesowy, a nie tylko pod ładny wynik w panelu.

To jedna z najważniejszych zmian w Google Ads na 2026 rok. I prawdopodobnie jeszcze ważniejsza w 2027.

AI nie wie, co naprawdę opłaca się Twojej firmie

Algorytm Google potrafi przewidywać, kto może kliknąć reklamę, kupić produkt, wysłać formularz albo wrócić do sklepu po kilku dniach. Ale sam z siebie nie zna Twojego biznesu.

Nie wie, który produkt ma wyższą marżę.
Nie wie, który klient wraca po kolejne zakupy (dane first party).
Nie wie, który lead rzeczywiście kończy się sprzedażą.
Nie wie, że czasem niższy ROAS w panelu może oznaczać lepszy wynik biznesowy.

AI widzi tylko sygnały, które mu podasz.

Dlatego w Google Ads coraz mniejsze znaczenie ma samo „prowadzenie kampanii” rozumiane jako codzienna praca w panelu. Coraz większe znaczenie ma zaprojektowanie systemu, który mówi algorytmowi, co jest dla firmy naprawdę wartościowe.

W Sempai coraz częściej patrzymy na to właśnie w ten sposób: nie zaczynamy od pytania „jaką kampanię uruchomić?”, tylko od pytania „jakie mamy cele marketingowe i biznesowe / co algorytm powinien uznać za dobry wynik?”.

To drobna różnica semantyczna, ale duża różnica w praktyce.

Oferta Google Ads. Sprawdź

ROAS jest ważny – ale jako strategia ustalania stawek, a nie cel marketingowy

W e-commerce ROAS bywa traktowany jak główny wskaźnik skuteczności. Im wyższy, tym lepiej.

Tyle że ROAS pokazuje tylko relację przychodu do kosztu reklamy. Nie pokazuje marży, wartości klienta w czasie, jakości sprzedaży ani tego, czy kampania rozwija nowy popyt, czy tylko obsługuje osoby, które i tak już chciały kupić.

Przykład:

Produkt A może mieć wysoki ROAS, ale niską marżę.
Produkt B może mieć niższy ROAS, ale lepszą marżę, większą powracalność klientów albo większe znaczenie strategiczne dla firmy.

Jeżeli algorytm dostanie wyłącznie sygnał „maksymalizuj ROAS”, będzie wybierał to, co najlepiej wygląda w jego danych. Niekoniecznie to, co najbardziej opłaca się firmie.
Co więcej – on optymalizuje najczęściej/głównie pod produkt, który został kliknięty, a nie kupiony!

Dlatego coraz ważniejsze staje się przesyłanie danych o sprzedanych produktach do Google Ads (wymaga to modyfikacji standardowego kodu konwersji) oraz value-based bidding, czyli podejście, w którym kampanie nie optymalizują się wyłącznie pod przychód z panelu, ale pod wartość zdefiniowaną przez biznes. Google rozwija ten kierunek m.in. przez cele lifecycle, pozyskiwanie nowych klientów i wykorzystanie danych first-party w Customer Match. 

Dla właściciela e-commerce albo dyrektora marketingu oznacza to jedno: zanim zwiększysz budżet, warto sprawdzić, czy system optymalizuje się pod właściwy cel. Bo kampania może być technicznie poprawna, a biznesowo źle ustawiona.

Struktura kampanii to niezbędna instrukcja dla algorytmu

Kiedyś struktura konta była przede wszystkim porządkiem dla specjalisty: kampanie, grupy reklam, słowa kluczowe, produkty, odbiorcy.

Dziś struktura konta jest czymś znacznie bardziej istotnym – to sposób, w jaki firma komunikuje się z algorytmem.

Jeżeli wrzucimy wszystkie produkty, intencje i grupy odbiorców do jednego worka, AI będzie szukać najłatwiejszej ścieżki do konwersji. Czasem/najczęściej będzie to brand. Czasem produkty o najkrótszej ścieżce zakupowej. Czasem remarketing. Czasem segment, który wygląda dobrze w panelu, ale niekoniecznie dowozi najlepszą wartość dla biznesu.
Dlatego ważne jest, żeby kampanie były poukładane według roli, jaką mają pełnić.

Inaczej projektuje się kampanię nastawioną na sprzedaż w e-commerce.
Inaczej kampanię leadową.
Inaczej działania zasięgowe.
Inaczej kampanie, które mają pozyskiwać nowych klientów.
Inaczej kampanie, które mają obsługiwać popyt już istniejący.

W Sempai komunikujemy Google Ads właśnie jako działania dopasowane do celu biznesowego: kampanie sprzedażowe, kampanie dla e-commerce, generowanie leadów, działania zasięgowe i strategię digital. W ofercie Google Lead Ads podkreślamy też, że AI traktuje jako narzędzie wspierające, a nie zastępujące ludzką strategię i kreatywność. 

I to dobrze oddaje zmianę, która zachodzi na rynku: nie chodzi o to, żeby walczyć z automatyzacją. Chodzi o to, żeby nadać jej właściwy kierunek.

Brand i non-brand trzeba rozdzielać, bo oznaczają dla Ciebie/biznesu coś innego

Jednym z najczęstszych błędów w ocenie Google Ads jest patrzenie na uśredniony wynik całego konta.

Na pierwszy rzut oka kampanie mogą wyglądać świetnie. ROAS jest wysoki, koszt konwersji rozsądny, przychód rośnie.

Problem zaczyna się wtedy, gdy rozbijemy wynik na brand i non-brand.

Brand to ruch od osób, które już znają markę i wpisują jej nazwę w Google. Taki ruch zwykle konwertuje łatwiej, bo użytkownik jest bliżej decyzji. Non-brand to osoby, które szukają produktu, kategorii, rozwiązania albo usługi, ale niekoniecznie konkretnej firmy.

Brand pomaga przechwycić istniejący popyt.Non-brand pomaga dotrzeć do osób, które jeszcze nie wybrały marki.
Kampanie zasięgowe pomagają zbudować znajomość wcześniej.Remarketing pomaga wrócić do osób, które już miały kontakt z firmą.

Jeżeli wszystkie te warstwy ocenimy jedną liczbą, łatwo o błędny wniosek.

Można uznać, że kampania świetnie pozyskuje nowych klientów, choć w praktyce duża część wyniku pochodzi z osób, które już znały markę. Można też niesłusznie obciąć działania non-brandowe, bo mają niższy ROAS, mimo że to one odpowiadają za rozwój nowego popytu.

Dojrzały marketing nie polega na tym, żeby mieć jedną ładną liczbę w raporcie.

Polega na tym, żeby wiedzieć, która część kampanii wykonuje jaką pracę i odpowiednio dopasować KPI do oceny efektywności.

Kampanie zasięgowe to nie opcjonalny dodatek do performancu

W wielu firmach kampanie zasięgowe nadal traktuje się jako coś drugorzędnego. Najpierw sprzedaż, potem ewentualnie świadomość. Każdy mówi, że wie, że to ważne, ale każdy myśli, że strategia budowania świadomości marki może poczekać, bo są inne “low hanging fruits”.

To podejście bywa zrozumiałe, zwłaszcza gdy firma ma presję wyniku tu i teraz. Ale w 2026 roku coraz trudniej rozwijać sprzedaż, jeżeli działamy wyłącznie na dole lejka.

Jeżeli reklama trafia tylko do osób, które już aktywnie szukają produktu, konkurujemy w najdroższym i najbardziej zatłoczonym miejscu. Tam często spotykają się podobne oferty, podobne komunikaty i podobne stawki.

Kampanie zasięgowe, YouTube, Demand Gen czy reklamy displayowe mogą pracować wcześniej – zanim klient zacznie porównywać sklepy albo wysyłać zapytania ofertowe. Google opisuje Performance Max jako rozwiązanie działające w wielu kanałach ekosystemu Google, a w Sempai w ofercie Google Ads dla e-commerce wskazujemy m.in. Search, Shopping, YouTube, Gmail, Discover i kampanie produktowe jako elementy szerzej rozumianej obecności reklamowej. 

To nie oznacza, że kampanię zasięgową trzeba oceniać tak samo jak kampanię sprzedażową. Nie, to byłby błąd.

Działania górnego i środkowego lejka mają inną rolę. Mają budować uwagę, zainteresowanie, skojarzenie z marką i przyszły popyt. Jeśli będziemy wymagać od nich natychmiastowego ROAS-u na poziomie kampanii brandowej, prawdopodobnie wyciągniemy złe wnioski.

Właściwe pytanie brzmi nie: „czy zasięg dowiózł taki sam ROAS jak Search/Shopping?”.
Właściwe pytanie brzmi: czy zasięg wspiera ścieżkę, którą później domyka Search, Shopping, PMax albo sprzedaż bezpośrednia?

A to wymaga innego sposobu mierzenia.

Fundamentem tego podejścia jest hurtownia danych oparta na BigQuery, do której spływają dane ze wszystkich źródeł – GA4, Google Ads, Meta Ads, Google Search Console i systemów marketing automation. Dzięki temu nie patrzymy na kampanię zasięgową w oderwaniu, przez pryzmat jednego narzędzia i jego domyślnego modelu atrybucji, tylko widzimy ją w kontekście całej ścieżki klienta, niezależnie od tego, w którym kanale ostatecznie doszło do zakupu.

Zamiast oceniać górę lejka tymi samymi wskaźnikami co dół lejka, wykorzystujemy nasze autorskie narzędzie KIKO do tego, żeby zobaczyć pełną ścieżkę klienta – nie tylko ostatni klik przed zakupem, ale też to, co działo się wcześniej. Dzięki temu potrafimy pokazać realny wpływ kampanii zasięgowej na sprzedaż, nawet jeśli w standardowym raporcie Google Ads czy GA4 ta kampania nie konwertuje bezpośrednio.

To podejście, które celowo odchodzi od myślenia w kategoriach pojedynczej kampanii i pojedynczego kanału na rzecz myślenia całym systemem sprzedażowym, spiętym w jednym, spójnym źródle danych. Nie skupiamy się na tym, ile sprzedaży bezpośrednio przypisać zasięgowi, tylko na tym, jak zmienia się skuteczność i koszt reszty lejka, kiedy zasięgu zabraknie. To pozwala nam podejmować decyzje budżetowe na podstawie rzeczywistego wpływu na wynik firmy w czasie, a nie na podstawie tego, który kanał akurat najładniej wygląda w raporcie last-click.

W kampaniach leadowych formularz nie jest jeszcze sukcesem

Podobna zmiana dotyczy firm usługowych i kampanii leadowych.

Wiele biznesów mierzy kampanie głównie liczbą formularzy i kosztem leada. To naturalne, bo te dane widać od razu. Ale z perspektywy prezesa, dyrektora sprzedaży albo właściciela firmy sam formularz nie jest jeszcze sukcesem.

Sukcesem jest rozmowa z właściwą osobą -> kwalifikowany lead -> szansa sprzedażowa -> oferta -> podpisana umowa.

Jeżeli system reklamowy dostaje informację tylko o wysłanym formularzu, będzie szukał osób, które chętnie wysyłają formularze. Niekoniecznie tych, które finalnie kupują.

Dlatego w kampaniach leadowych coraz większe znaczenie ma jakość danych zwrotnych. Informacja z CRM, status leada, etap sprzedaży, wartość szansy – to wszystko może pomóc lepiej oceniać kampanie i lepiej zasilać algorytm.

Google rozwija ten kierunek również po swojej stronie. W 2026 roku zapowiada m.in. narzędzia związane z biddingiem uwzględniającym jakość leadów i etap ścieżki. 

Dla firm usługowych wniosek jest prosty: jeżeli kampania ma generować sprzedaż, nie powinna być optymalizowana wyłącznie pod najtańszy kontakt.

Najtańszy lead często bywa najdroższy, jeśli nie przechodzi dalej.

W praktyce mechanizmem, który to umożliwia, jest Enhanced Conversions for Leads. To funkcja Google Ads pozwalająca przekazać z powrotem do systemu informację o tym, co stało się z leadem już po wysłaniu formularza – np. że kontakt się nie odezwał, że lead był niekwalifikowany, albo że doszło do podpisania umowy. Dane te przesyła się w formie zahashowanej (np. e-mail, numer telefonu), więc proces jest zgodny z zasadami ochrony danych, a jednocześnie algorytm dostaje sygnał znacznie bliższy rzeczywistej wartości leada niż samo kliknięcie „wyślij formularz”.

W skrócie: zamiast uczyć system, że sukcesem jest formularz, Enhanced Conversions for Leads pozwala uczyć go, że sukcesem jest klient. To właśnie ten mechanizm stoi za kierunkiem, który Google zapowiada na 2026 rok – bidding uwzględniający jakość leada i etap ścieżki sprzedażowej nie zadziała dobrze bez takich danych zwrotnych.

First-party data będzie jedną z największych przewag w 2027 roku

Konkurencja może kupić podobne słowa kluczowe. Może używać tych samych formatów reklamowych. Może uruchomić Performance Max, Demand Gen, YouTube albo kampanie Search.

Ale nie ma Twoich danych.

Nie zna historii zakupów Twoich klientów. Nie wie, które grupy kupują częściej. Nie wie, które leady mają najwyższą jakość. Nie zna Twojej marżowości, sezonowości, wartości klienta w czasie ani realnych priorytetów sprzedaży.

Dlatego dane first-party przestają być dodatkiem do remarketingu. Stają się jednym z najważniejszych aktywów reklamowych firmy.

Mogą to być listy klientów, dane z CRM, segmenty kupujących, subskrybenci newslettera, odbiorcy high-value, dane z GA4, porzucone koszyki, etapy formularza albo informacje o powracających klientach. Google przy celach lifecycle i pozyskiwaniu nowych klientów wskazuje wykorzystanie first-party data, list klientów i tagów jako elementów pomagających odróżniać nowych i obecnych klientów. 

Jednak same dane nie wystarczą.

Trzeba je uporządkować, odświeżać i podać kampaniom w taki sposób, żeby algorytm mógł z nich korzystać. Dane są przewagą dopiero wtedy, gdy wpływają na decyzje systemu. Nawet taka mała rzecz jak przesłanie listy przy pomocy Google Sheets zamiast CSV znacząco wpływa na match rate!

AI Max, PMax i automatyzacja nie zdejmują odpowiedzialności z firmy

W 2026 roku Google bardzo wyraźnie przesuwa reklamę w stronę AI. AI Max wychodzi poza wcześniejsze ramy kampanii Search, a Google komunikuje jego rozwój jako kierunek „nowej ery Search”. Jednocześnie aktualizacje dotyczące migracji starszych rozwiązań, takich jak Dynamic Search Ads, pokazują, że ten proces będzie rozłożony także na 2027 rok. 

Zamiast bezrefleksyjnie włączać wszystkie nowe funkcje, “łapać się” na dane od Google, które mają wzbudzić FOMO, stresować rosnącym średnim CPC, zastanów się nad strukturą swojego konta, danych, które mu dostarczasz i KPI, którymi oceniasz poszczególne składowe.

Bycie AI-first nie oznacza tylko włączenia nowych funkcji. Oznacza uporządkowaną strukturę kampanii, dobre dane wejściowe, jasny pomiar, rozdzielenie brandu i non-brandu, świadome podejście do akwizycji oraz zrozumienie, które wyniki są naprawdę biznesowe.

AI nie zwalnia z odpowiedzialności za strategię. Ktoś tę odpowiedzialność wziąć musi – i w tym rola ekspertów.

Co to w wszystko w praktyce oznacza dla firm planujących Google Ads w 2026 i 2027 roku?

Jeżeli prowadzisz e-commerce, firmę usługową albo odpowiadasz za marketing, nie musisz znać wszystkich ustawień kampanii. Nie musisz wiedzieć, jak działa każdy wariant dopasowania, każdy raport i każda automatyzacja – jednak warto rozumieć kilka zasad.

Po pierwsze: kampanie powinny być ustawione pod wartość biznesową, nie tylko pod konwersję w panelu.

Po drugie: ROAS, koszt leada i liczba konwersji są ważne, ale bez kontekstu potrafią prowadzić do złych decyzji.

Po trzecie: dane first-party będą coraz ważniejsze, bo to one odróżniają Twoją firmę od konkurencji korzystającej z tych samych narzędzi.

Po czwarte: kampanie zasięgowe, sprzedażowe, leadowe i remarketingowe powinny mieć różne role i różne sposoby oceny.

Po piąte: automatyzacja działa najlepiej wtedy, gdy ktoś dobrze ustawi jej kierunek.

Właśnie tutaj wychodzi najbardziej na wierzch rola eksperta Google Ads, który myśli strategicznie.

Nie chodzi już tylko o to, kto „obsłuży konto”. Chodzi o to, kto pomoże przełożyć model biznesowy na dane, strukturę kampanii i sposób pomiaru, który ma sens dla zarządu, sprzedaży i marketingu.

Jak patrzymy na to w Sempai?

W Sempai nie traktujemy Google Ads jako zestawu odseparowanych kampanii. Kampanie performance, produktowe, leadowe, zasięgowe i strategiczne mają sens dopiero wtedy, gdy wynikają z tego samego rozumienia celu biznesowego.

Zaczynamy od problemu, nie od narzędzia. Jeżeli celem jest:

  • sprzedaż w e-commerce, trzeba wiedzieć, które produkty i klienci są naprawdę wartościowi,
  • generowanie leadów, trzeba wiedzieć, które kontakty przechodzą dalej w sprzedaży,
  • rozwój marki, trzeba mierzyć wpływ inaczej niż w kampanii brandowej,
  • skalowanie, trzeba odróżnić wzrost przychodu od realnej poprawy efektywności.

Dopiero później dobiera się kampanie, formaty, sygnały, feed, listy odbiorców, budżet i sposób raportowania.

To podejście jest mniej efektowne niż obietnica szybkiego wyniku. Ale jest znacznie bezpieczniejsze/praktyczniejsze i przyszłościowe dla firm, które chcą rozwijać marketing w sposób przewidywalny, stabilny i pewny.

Bo w świecie, w którym coraz więcej reklamodawców korzysta z tych samych automatyzacji, przewaga nie będzie wynikała z samego dostępu do narzędzia.

Przewaga będzie wynikała z tego, kto lepiej rozumie własny biznes – i kto potrafi przełożyć tę wiedzę na sygnały, które algorytm może wykorzystać.

 

Jak oceniasz tekst?

Średnia ocen 5 / 5. Liczba głosów: 2

Bądź pierwszy i oceń tekst.

    Najczęściej zadawane pytania

    Czy wysoki ROAS zawsze oznacza dobry wynik kampanii?

    Niekoniecznie. ROAS pokazuje relację przychodu do kosztu reklamy, ale nie uwzględnia marży ani wartości klienta w czasie. Produkt o wysokim ROAS może mieć niską marżę, a produkt z niższym ROAS – być dla firmy bardziej opłacalny. Dlatego lepszym rozwiązaniem jest value-based bidding, czyli optymalizacja pod wartość zdefiniowaną przez biznes, a nie samą liczbę z panelu.

    Czym jest value-based bidding i po co przesyłać dane o sprzedanych produktach?

    To podejście, w którym kampanie optymalizują się pod realną wartość sprzedaży, a nie tylko pod produkt, który został kliknięty. Wymaga modyfikacji standardowego kodu konwersji, ale dzięki temu algorytm dostaje sygnał bliższy rzeczywistemu zyskowi firmy, a nie tylko aktywności w reklamie.

    Dlaczego trzeba rozdzielać brand i non-brand?

    Bo mają inną rolę i inaczej konwertują. Brand przechwytuje istniejący popyt (łatwiejsze konwersje), non-brand dociera do nowych klientów. Ocena obu warstw jedną, uśrednioną liczbą prowadzi do błędnych wniosków – np. do niesłusznego cięcia budżetu na non-brand, mimo że to on odpowiada za rozwój nowego popytu.

    Czy kampanie zasięgowe (YouTube, Demand Gen, Display) mają sens, skoro nie generują bezpośredniej sprzedaży?

    Tak, ale trzeba je oceniać innymi wskaźnikami niż kampanie sprzedażowe. Ich rolą jest budowanie uwagi i przyszłego popytu, który później domyka Search czy Shopping. Właściwe pytanie brzmi nie „jaki ROAS dowiozła kampania zasięgowa”, tylko „jak wspiera resztę lejka”.

    Czym jest Enhanced Conversions for Leads?

    To funkcja Google Ads pozwalająca przekazać algorytmowi informację o tym, co stało się z leadem po wysłaniu formularza (np. że był niekwalifikowany albo doszło do podpisania umowy). Dane są przesyłane w formie zahashowanej, zgodnie z zasadami ochrony danych, dzięki czemu system uczy się, że sukcesem jest klient, a nie sam formularz.

    Dlaczego dane first-party będą coraz ważniejszą przewagą konkurencyjną?

    Bo konkurencja może kupić te same słowa kluczowe i uruchomić te same formaty kampanii, ale nie ma dostępu do Twoich danych – historii zakupów, jakości leadów, marżowości czy segmentów klientów. Same dane jednak nie wystarczą – trzeba je uporządkować i odpowiednio podać kampaniom (np. lista przesłana przez Arkusze Google zamiast CSV daje wyraźnie lepszy match rate).

    Co to jest AI Max?

    To rozwiązanie rozwijające kampanie Search w stronę większej automatyzacji – m.in. szersze dopasowanie zapytań i optymalizacja treści reklam.

Filip Biszczak

Filip Biszczak

Head of Google Ads

Head of Google Ads w Sempai. Odpowiada za zarządzanie działem Google Ads oraz tworzenie strategii reklamowych dla kluczowych klientów agencji. W swoim portfolio ma współpracę z markami takimi jak Showroom, DeeZee.pl, TXM, Prezent Marzeń czy Wojas. Specjalizuje się w performance marketingu i skalowaniu działań reklamowych opartych na danych oraz biznesowych celach klientów.